Czasami widzę w intrenecie:
„100 pomysłów na posty”
„30 tematów na cały miesiąc”
„Gotowe inspiracje do pisania”
I zawsze mam wtedy jedną myśl.
Czy to naprawdę są moje pomysły?
Bo ja też kiedyś dostałam coś takiego.
Lista. Gotowa. Poukładana.
I wiesz co?
Nie wykorzystałam ani jednego.
Nie dlatego, że były złe.
Były poprawne. Nawet sensowne.
Tylko że… nie były moje.
To były pomysły na czyjeś życie.
Na czyjeś myślenie.
Na czyjeś patrzenie na świat.
A ja nie potrafię pisać z miejsca,
które nie jest moje.
I może ktoś powie:
„to tylko inspiracja”
Możliwe.
Ale dla mnie inspiracja to coś,
co mnie zatrzymuje na chwilę.
Co sprawia, że nagle zaczynam myśleć.
Że coś we mnie „kliknie”.
A lista tematów tego nie robi.
Ona daje gotowe kierunki.
Gotowe pytania.
Czasami nawet gotowe odpowiedzi.
Tylko że wtedy ja już nie szukam.
Ja tylko wypełniam.
I może dlatego to do mnie nie trafia.
Bo ja nie chcę pisać „bo trzeba coś wrzucić”.
Nie chcę odhaczać tematów.
Nie chcę mieć poczucia, że „zrobiłam plan”.
Ja chcę rozumieć, co piszę.
I chcę czuć, że to jest moje.
Dlatego dla mnie największą inspiracją
nie są listy tematów.
Tylko rozmowy.
Takie zwykłe.
Czasami przypadkowe.
Czasami z kimś, kogo nikt nie nazwałby „inspirującym”.
A jednak…
to właśnie tam pojawia się coś prawdziwego.
Nie wymyślone.
Nie przygotowane.
Nie dopasowane do schematu.
Tylko żywe.
I co ciekawe —
czasami jedno zdanie z takiej rozmowy
potrafi dać więcej niż cała lista pomysłów.
Bo ono jest moje.
Bo coś we mnie porusza.
Bo zostaje.
I może są osoby, którym takie listy naprawdę pomagają.
I to jest w porządku.
Każdy ma swój sposób.
Ale ja wolę iść wolniej.
Czasami bez planu.
Czasami bez gotowego tematu.
Za to z czymś, co jest prawdziwe.
Bo pisać można o wszystkim.
Tylko nie wszystko jest nasze.
A ja jednak wolę mniej…
ale naprawdę od siebie.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz