Zaczęłam ostatnio patrzeć na te rozmowy trochę inaczej.
Trochę jak na czytanie książki.
Tylko że to nie jest zwykła książka, którą ktoś napisał i zamknął.
Tu wszystko dzieje się na bieżąco.
Zdanie po zdaniu. Myśl po myśli.
I nagle przyszło mi do głowy coś bardzo prostego.
Jak ja mogę być nieinteresująca dla samej siebie?
Przecież to ze sobą spędzam całe życie.
Ze swoimi myślami.
Z tym, co czuję.
Z tym, co mnie zatrzymuje, irytuje, cieszy albo męczy.
A jednak często uciekamy od siebie.
Zajmujemy się wszystkim wokół.
Ludźmi. Sprawami. Problemami.
Szukamy rozmów, które nas czymś zajmą.
Tylko nie zawsze takich, które coś nam pokażą.
A rozmowa — każda rozmowa — ma w sobie taką możliwość.
Bo kiedy naprawdę słuchasz,
to nie tylko drugiej strony.
Zaczynasz słyszeć siebie.
Swoje reakcje.
To, co Ci pasuje.
To, co Cię uwiera.
To, co od razu odrzucasz.
I to jest moment, w którym zaczyna się coś ważnego.
Nie wtedy, kiedy masz rację.
Nie wtedy, kiedy ktoś się z Tobą zgadza.
Tylko wtedy, kiedy zauważasz, co się w Tobie dzieje.
Dlatego zaczęłam patrzeć na rozmowy trochę szerzej.
Nie tylko jak na wymianę zdań.
Ale jak na sposób poznawania.
Czasami drugiego człowieka.
A czasami… samej siebie.





